home --- kotki --- kocur --- kocięta --- galeria --- wystawy --- o rasie --- ksiega --- linki --- kontakt

Kot niewychodzący - kot bezpieczny



Chcemy, aby nasze kocięta były kotami niewychodzącymi. Dlaczego? Poczytajcie...

"Niech wszyscy posiadający koty wychodzące potraktują ten watek jako kolejną z wielu przestróg...Wczoraj w nocy pod kołami samochodu zginął mój kot, Maniek...

Pewnego dnia za moim bratem ze szkoły przyszedł mały kociak - nie miał na oko więcej jak 6 tygodni. Jakimś cudem udało mi się przekonać ojca, żeby zwierzak został w domu (mieliśmy już 2 psy, a ojciec jest wybitnym anty kociarzem...). Dał jednak jeden warunek - kot może być w domu tylko wtedy, kiedy ktoś z rodziny go pilnuje. Pokazywałam zdjęcia, tłumaczyłam, że kot nie może być kotem wychodzącym bo wszystkie w 99% kończą tak samo - albo pod kołami samochodu, albo zagryzione przez bezpańskie psy albo zatrute trutkami dla szczurów i innych gryzoni). Niestety - nie dało się go nijak przekonać. Kiedy tylko byłam w domu kota trzymałam blisko siebie i pod żadnym pozorem nie wypuszczałam. (...) Dwa dni temu miałam potworny ból głowy i każde miauknięcie kota doprowadzało mnie do szału, więc go wypuściłam przez okno (mieszkam w domu parterowym, spokojna okolica, samochód raz na kilka godzin albo i wcale)...I ten jeden raz okazał się ostatnim. Kot nie wrócił na noc. Chodziłam po wsi, wołałam, ciągnęłam jego sznureczek za sobą, rozstawiałam jedzenie - nic. Niby to tylko jedna noc, ale bałam się okropnie. Rano kota nadal nie było (...) W końcu wieczorem przybiegła koleżanka brata mówiąc, że ulicę dalej leży pod płotem martwy biało-czarny kot...Niestety, okazało się, że to mój Maniuś... Nie mogę sobie wybaczyć tej jedynej chwili słabości (właściwie nigdy go nie wypuszczałam - zawsze robił to ktoś inny z rodziny)...

Nigdy, przenigdy nie pozwólcie, aby Wasze koty były kotami wychodzącymi! Kiedy czytacie bądź oglądacie zdjęcia rannych bądź martwych kotów opuszczających dom myślicie, że to Was nie dotyczy, że to taka spokojna okolica i nie ma prawa sie nic stać...Guzik prawda za przeproszeniem! Nie mogę już znieść tego poczucia winy...Przecież mój kot zginął przeze mnie... Wiem, że zaraz poleca na mnie bluzgi jak mogłam do tego dopuścić, ale jestem świadoma swoich błędów...Tylko, że już nie da się nic z tym zrobić :((( "

Autor: Vin, napisane: 08.06.2007
Całość pod adresem: http://forum.miau.pl/viewtopic.php?t=61309


Nie potrzebuję wolności - przeciwko wypuszczaniu kotów

"I don't want to live in a tree - against free roaming for cats" Paula Swepston, tłumaczenie Anna Jakubiak

"Fred był pręgowanym, rudym przystojniakiem, który kiedyś się do nas przybłąkał. (...) Fred był dżentelmenem. Przez kocie drzwiczki wchodził i wychodził kiedy chciał, czasem nawet zapraszał do domu swoich kocich przyjaciół. W ciągu dnia zwiedzał okoliczne lasy, zawsze gotów przypędzić po usłyszeniu magicznego "kici kici" w porze kolacji. Pewnego dnia sąsiedzi przynieśli naszego ukochanego zwierzaka w kartonie... Fred wpadł pod samochód. Krzyki cierpiącego w agonii kota były przejmujące. Wszędzie krew. Wnętrzności wychodzące z jego pyska... cierpiał straszliwie, a wezwany weterynarz tylko potwierdził, że nic już nie da się zrobić. Słysząc to, mój ojciec wyjął z szafy pistolet. Pochowaliśmy Freda w ogrodzie, pod jego ulubioną ławką, gdzie godzinami wygrzewał się na słońcu. Ojciec do późnej nocy płakał, zdruzgotany, z przygnębieniem powtarzając: "czuję się tak, jakbym zastrzelił swoje dziecko". Bez Freda dom wydawał się pusty. Kątem oka wciąż widziałam pomarańczowy kształt, gryzłam się w język, próbując go wołać... Byliśmy załamani, niezdolni do wspólnych posiłków, nieodparcie przywołujących pamięć o Fredzie. Powiedzieliśmy wtedy, że żaden kot nigdy nie będzie w stanie go zastąpić. Kilka miesięcy później szary koci kłębuszek wparował do domu prosto w objęcia mojej mamy. Kociak zaskoczył ją zupełnie. Poczęstował się jedzeniem wyrywając kąsek prosto z jej ust! Oczywiście WCALE nie chcieliśmy innego kota. Ale czy mogliśmy wyrzucić go na ulicę w tak zimną noc? Tak nastał czas Freddy'ego Juniora, który był z nami przez następne dziesięć lat. Wiódł życie rozbójnika, mimo kastracji, wiecznie skorego do walk i przygód. Nie dla niego było wylegiwanie się na poduszkach. Rozorany nos, rozerwane ucho i podobne atrakcje były na porządku dziennym. Któregoś dnia przykuśtykał do domu zalany krwią. Jego oko było w tragicznym stanie i ze względu na ogromny koszt operacji weterynarz sugerowal uśpienie. "Wykluczone!" - wykrzyknął tata. "Przecież kot to członek rodziny! Oczywiście musi zostać zoperowany!" Mieszkaliśmy w okolicy, gdzie ulice były tak bezpieczne, że dzieci na środku jezdni grały w gumę i klasy. Mieszkańcy mając na uwadze nas i biegające psy, toczyli się powoli swoimi samochodami, delikatnie trąbiąc, byśmy usunęli się z drogi. W tamtych czasach, czterdzieści lat temu, nikt nawet nie myślał o "więzieniu" kotów w domach. Troszczyliśmy się o nie, ale panowało przekonanie, że koty, niezależne stworzenia, potrzebują wolności. Kochaliśmy nasze koty. Myśleliśmy, że robimy dla nich to, co najlepsze. Jednak Fred niepotrzebnie umarł w bólu, a Freddy Junior nie musiał spędzić reszty życia z jednym tylko okiem. Mówi się, że długość życia "wolnożyjących" kotów wynosi około dwóch lat... Obecnie wraz z mężem mieszkamy z piętnastką kotów, z których żaden nie zaznał tak zwanej wolności. Najstarszy kot ma czternaście lat, inny dwanaście, mamy trzech jedenastoletnich staruszków. Oczywiście cierpią na różne, związane z wiekiem dolegliwości. Najstarsza kotka traci zęby, inny senior musi być poddawany terapii, by jego nerki funkjonowały... Lecz nigdy nie potrąci ich samochód, nie stracą oka w walce z ogromnym psem, nie zginą w konwulsjach daleko od domu, zarażone przez chorego, bezdomnego przedstawiciela swojego gatunku. Są zgodnymi kompanami, polującymi na ptaki przez kuchenne okno. Mają zewnętrzny ogrodzony wybieg i całe mieszkanie do swojej dyspozycji. Nic nie wskazuje na to, że byłyby szczęśliwsze, żyjąc na ulicy. Wciąż jednak panuje przekonanie, że kotów nie należy "więzić". Moja koleżanka kocha koty i mimo, że straciła dwa pod kołami samochodów, również trzeciemu pozwala na samowolne wędrówki. Będąc zawadiaką, nie opuszczającym placu boju bez powiedzenia ostatniego słowa, Ringo - jej kot - jest w tym większym niebezpieczeństwie. Jego uszy są poszarpane, a rany niezmiennie świeże. Ostatnio zniknął na dłużej i po powrocie był w tak złym stanie, że weterynarz zasugerował zrobienie testów na obecność wirusa FIV. W okolicy panowała epidemia tej choroby. Wynik? Ringo JEST nosicielem. Choroba jest śmiertelna i nie ma przeciw niej szczepionki. Nie jest uleczalna. Zwierzęta zarażają się najczęściej poprzez ugryzienia podczas kocich walk... Ringo nie wykazuje objawów choroby. Na razie. Ale jeśli zachoruje, nie będzie dla niego ratunku. Jest ogromnym zagrożeniem dla innych kotów. Wszyscy pytają właścicielkę, co czuje, mając świadomość, że jej kot zaraża inne. A ona, święcie oburzona, twierdzi: "Dlaczego mam więzić mojego kota, przecież to nie jego wina, że jest zarażony wirusem?!" I Ringo wciąż biega na wolności. Figaro, kot sąsiadów był pięknym syjamem. Nie był wykastrowany, bowiem właściciele uważali, że kastracja jest czymś okrutnym i wbrew naturze. Jego żądza przygód była więc większa, niż u sterylizowanego zwierzęcia. Często odwiedzał mnie w ogrodzie, przeskoczywszy przez płot i wiele razy odnosiłam go właścicielom mówiąc: "Spójrzcie, on jest taki ufny. Nie boicie się, że ktoś go zabierze?" Kiedy następnym razem zobaczyłam Figaro... leżał martwy ponad dwa kilometry od swojego domu... Pozostawił po sobie mnóstwo syjamopodobnych potomków i wciąż co jakiś czas widzę któregoś z nich rozjechanego na poboczu ulicy. Jak wielu hodowców, często odpowiadam na pytania potencjalnych właścicieli dotyczące wypuszczania kociaka. Często są oburzeni, gdy tłumaczę, że nie oddamy naszych kociąt do domów, w których miałyby nieograniczony dostęp do tzw. "wolności". Każdy mówi, że okolica jest spokojna, mało samochodów, dużo drzew do wspinania się a przecież kocią naturą jest wolność! Okrucieństwem byłoby ją ograniczyć, a kot przychodzi na zawołanie! Odpowiadam: Ukochany kot zawsze przyjdzie na twoje zawołanie. JEŚLI TYLKO BĘDZIE W STANIE..."

Żródło: http://nfo.pl/node/351


Jesteśmy odpowiedzialni za sworzenia, które przyjmiemy za swój dach. Nie narażajmy ich tak.



Design By Amavi   © 2007 Amavi*Pl - wszelkie prawa zastrzeżone